Po aborygeńsku 'canberra' oznacza miejsce spotkania. Melbourne i Sydney w rywalizacji o bycie stolicą się spotkały właśnie w Canberze - pogodzono dwa centra budując miasto od zera, na pustkowiu, gdzie psy dupami szczekają, bociany zawracają i na to wszystko jeszcze diabeł mówi: "Dobranoc!" czyli po australijsku "G'night!"
Do Canberry z Sydney jest ze 300 km a podróż autokarem trwa ze 3 i pół godz. Warto pojechać, bo to i czysto tam, i ładnie, i zadbane wszystko, i mniej naszych skośnookich braci i siostr, i wszystkie narodowe instytucje są, etc. Minus jest taki, ze tam z 10 stopni C mnie niż w Sydney, a po godz. 16 życie zamiera, czyli głodno i chłodno i do domu daleko.
Za to zwiedzać tu można jednak wiele. Najciekawsze są oba budynki parlamentu: stary i nowy, które zwiedza się za darmo. Są otwarte we wszystkie dni w roku (z wyjątkiem jednego). Wejść może każdy bez zbędnych ceregieli.
W starym budynku można wejść do wszystkich pokoi premierów nie premierów i se zobaczyć co i jak kiedyś było.
W nowym wejść można już tylko na sale obrad. Se teraz pomyśl człowieku jak niełatwo zaliczyć polski parlament. Tutaj jest to element budowania tożsamości narodowej: se chopie przyjdź i se zobacz i se dotknij: to jest nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo - jak powiada klasyk!